Kaukaz 2019 – Tbilisi cz.1. – Od czego zacząć?

Tbilisi, stolica i największe miasto Gruzji, położone jest w centralno-wschodniej części kraju. To tutaj mieszka około 1/3 populacji państwa. Do Tbilisi prędzej czy później trafi też każdy lub zdecydowana większość odwiedzających Gruzję turystów. Dla jednych będzie to główny cel wyprawy, dla innych tylko jeden z przystanków….Ja zatrzymałem się tu na 6 dni robiąc bazę wypadową do okolicznych miejscowości. Zanim jednak wyruszyłem gdzieś dalej, poświęciłem czas na zapoznanie się z tym pięknym i ciekawym miastem.

Poranek w zabytkowej części miasta

Zwiedzać Tbilisi można na wiele sposobów. Rok rocznie zwiększająca się liczba turystów napędza gospodarkę, a w szczególności branżę turystyczną. Jak grzyby po deszczu powstają coraz to nowe atrakcje, otwierają się drogie restauracje, oferowane są rejsy widokowe po rzece Kurze, przejażdżki odkrytym piętrowym autobusem, a dziesiątki biur turystycznych proponują dłuższe i krótsze wycieczki poza miasto.

Ja jednak na początku proponuję ubrać wygodne buty, przestudiować mapę miasta (albo i nie, śmiało można iść w ciemno) i zacząć piesze zwiedzanie od najstarszej części stolicy, nazywanej po prostu….Stare Tbilisi. Góruje nad nim Twierdza Narikala, której początki sięgają IV wieku. To doskonały punkt widokowy i miejsce od którego warto zacząć swoją wycieczkę. Na szczyt można dostać się pieszo krążąc wąskimi uliczkami starówki lub jak przeciętny turysta wjechać kolejką linową. Ja ruszam pieszo, bez mapy, co chwilę wchodząc w ślepą ulicę lub taką, która nie prowadzi tam gdzie jest przejście. Ale i takie kluczenie ma swój urok. Polecam! Po co się zresztą spieszyć?

Stara zabudowa, nie zawsze zadbana, skromna, turystów brak, tylko czasem przejedzie samochód, albo przejdzie kot…
Autentyczne Stare Tbilisi. Takie, jakiego nie znajdziecie na pocztówkach i w folderach. A z góry spogląda i prowadzi Matka Gruzja
Czasami asfaltowa droga, czasami wąskie schody. Ponad głowami co i rusz przemyka wagonik kolejki linowej

Takie „błądzenie” ma też swoje plusy. Można trafić do miejsc, gdzie normalnie by się nie dotarło. Ja na przykład odkryłem ukryty w cieniu skalnego zbocza malutki kościół św. Jerzego, nazywany również Kldisubani.

Niestety kościół był zamknięty…
Z każdym krokiem jestem coraz wyżej, więc i widoki coraz ciekawsze

Dlaczego zdecydowałem się najpierw wejść na twierdzę i Wam też to proponuję? Oczywiście, że dla przepięknego widoku na niemal całe miasto. Miasto, którego najstarsza część położona jest w dolinie rzeki Kury, gdzie zabytkowa zabudowa miesza się z sowieckimi blokami, ale i nowoczesnymi obiektami z ostatnich lat. I wreszcie by spojrzeć na otaczające Tbilisi z każdej strony wzgórza. Widziałem w swoim życiu nie jedną panoramę miasta, ale widok z góry na Tbilisi uważam za jeden z najpiękniejszych i najciekawszych.

Jeśli chodzi o samą twierdzę i to co na szczycie znajdziemy, to będzie to fragment dawnych obwarowań, kościół św. Mikołaja odbudowany w latach 1996-1997, ogród botaniczny (podobno bardzo ciekawy, ale to atrakcja raczej nie dla mnie, więc odpuściłem), kilka kroków dalej jest również symboliczny pomnik Matki Gruzji, który jednak zdecydowanie lepiej oglądać z dołu, z daleka, a nie z bliska.

Czy tu nie jest pięknie?
Na pierwszym planie, nad zboczem Kury, XIII wieczny kościół Metechi, jeden z najstarszych i najbardziej symbolicznych w Tbilisi
Droga dojazdowa do twierdzy momentami jest bardzo stroma, ale nie stanowi to większego problemu dla tutejszych kierowców

Schodząc ze wzgórza twierdzy warto się skierować do znajdujących się na dole łaźni siarkowych i płynącego po sąsiedzku potoku. Łaźnie bardzo łatwo znaleźć – patrząc z góry wyglądają jak ceglane grzybki – kopuły. To właśnie z tym miejscem wiąże się legenda o założeniu Tbilisi, które powstało przy bijących gorących siarkowych źródłach. Dzisiaj łaźnie są popularną i bardzo oryginalną atrakcją turystyczną, poza tym są wciąż wykorzystywane przez miejscowych. Kąpiele, masaże, wygrzewanie się…kto co lubi, ja nie korzystałem ale ponoć warto. Najlepiej też rezerwować pobyt wcześniej, bo zainteresowanie spore. A to o czymś musi świadczyć.

Kompleks łaźni siarkowych…
…oraz płynący potok. W oddali po prawej minaret meczetu, który również polecam odwiedzić. Wstęp bezpłatny i bezproblemowy.

Zaciekawiony okolicą postanowiłem udać się wzdłuż potoku, w przeciwnym do nurtu kierunku. Niemałe wrażenie robią budynki dosłownie wiszące na krawędzi wysokiej skały. Jak dla mnie cudo, coś co musi się spodobać i robić wrażenie. I sądząc po tłumach turystów robiących zdjęcia z zapartym tchem, wrażenie na nich robi.

Potok okrąża stare miasto i nagle się kończy, a dokładniej mówiąc ścieżka się urywa doprowadzając do ukrytego wodospadu. Właściwie dwóch wodospadów. Niby nic, ale jednak jest to miłe zaskoczenie. Kto by się ich tu spodziewał? Ja akurat nie.

Na miasto z góry spojrzałem, łaźnie zobaczyłem, wodospad też, czas więc pospacerować po kolejnych uliczkach starego miasta, a tych tak szybko na szczęście nie zabraknie.

Nie sposób nie trafić do Katedry Sioni. Powstała na przełomie VI i VII wieku, wielokrotnie zniszczona, odbudowywana, przebudowywana…to co widzimy dzisiaj, to efekt ostatniej gruntownej przebudowy z XIX wieku. Katedra do 2004 roku była główną świątynią Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego i siedzibą patriarchy. Była, ponieważ na drugim brzegu Kury postanowiono wybudować nową katedrę, symboliczną, widoczną z daleka, wielką…największą na Kaukazie. Kto bogatemu zabroni… No właśnie, czy w tym kraju nie było i nie ma pilniejszych wydatków? Pozostawiam do przemyślenia. Nową katedrę odwiedzę nieco później.

Przykatedralna dzwonnica, tzw. nowa dzwonnica, z XIX wieku

Spacerując po starówce zapewne każdy trafi na niewielki placyk przy którym stoi zegar. Niecodzienny zegar. Od razu uprzedzam, że nie jest to zabytek, powstał bowiem w 2010 roku. Co tu dużo mówić, jest „dość” oryginalny. Krzywy, jakby miał się zaraz zawalić. Nie wiem co kierowało twórcami, ale na pewno wygląda ciekawie. Jeden z punktów obowiązkowych wszystkich zorganizowanych wycieczek. Kiedy na taką się trafi, nie pozostaje nic innego jak przeczekać nawał turystów, by mieć potem choć chwilę na spokojne przyjrzenie się i zrobienie zdjęć.

Stare miasto to jednak nie tylko ulice pełne turystów, eleganckich restauracji, sklepów z pamiątkami. Wystarczy skręcić w bok, odejść kilkanaście metrów, by przenieść się do równoległej rzeczywistości. Tej prawdziwej, gdzie zamiast hoteli i hosteli mieszkają zwykli ludzie, gdzie nad głowami wiją się rury z gazem, a tynk ze ścian czasami spada na jezdnię.

Na pewno spotkacie w sklepach i na straganach coś co będzie przypominało kolorowe świece. U niewtajemniczonych może zrodzić się pytanie, co to jest i czy na pewno jest jadalne. Jadalne jest jak najbardziej i przy tym przepyszne! Nazwy dokładnej nie podam, bo zwyczajnie zapomniałem, ale są to po prostu nawleczone na sznurek orzechy (włoskie, laskowe lub nerkowce) zalane gęstym słodkim syropem. Coś przepysznego i wbrew wyglądowi wcale nie jest twarde, zębów nikt połamać nie powinien. Jak najbardziej warto kupić i spróbować, choć zamiast robić to w sklepach w ścisłym centrum, proponuję kupić gdzieś na targu w mniej turystycznej okolicy. Ceny to zazwyczaj 1-2 lari w zależności od wielkości.

Kolejnym miejscem wartym odwiedzenia jest charakterystyczne, najwyższe w Tbilisi, wzgórze na szczycie którego stoi wieża telewizyjna. U jego stóp znajduje się dolna stacja kolejki nazywanej Funicularem. Za 2,5 lari można wjechać na wzgórze, gdzie znajduje się park rozrywki. Po drodze kolejka ma stację pośrednią przy niewielkim Kościele św. Dawida wokół którego znajduje się cmentarz – Panteon Mtacminda. Miejsce spoczynku zasłużonych dla Gruzji osób. Obok artystów, poetów, czy historyków spoczywa tu m.in. Ketewan Geladze – matka Józefa Stalina.

Ja z Funicularu nie skorzystałem, parku rozrywki nie odwiedziłem, ale znalazłem drogę prowadzącą do kościoła i cmentarza. Stroma, momentami męcząca, ale zdecydowanie warto. Warto wejść dla wagi tego miejsca i oczywiście dla widoków.

Spacerując ulicami u stóp wzgórza dużym plusem na pewno będzie mała lub momentami zerowa liczba turystów. W końcu spokój, cisza, brak naganiaczy i dzikiego tłoku. Warto to wykorzystać, chłonąć tutejszy klimat, architekturę, zaglądać w podwórka…Bać się nie ma czego, nic złego nikomu się nie stanie, czasami lokalni mieszkańcy spojrzą z zaciekawieniem, może spróbują zagadać.

Jeden z rządowych budynków, być może siedziba rządu, ale pewności nie mam.

Dzień długi, pełen wrażeń i bez wątpienia meczący. Jak najlepiej go podsumować? Oczywiście przy talerzu chinkali. Pierogi, które stały się symbolem Gruzji spróbować po prostu trzeba. Każdy znajdzie smak dla siebie. Od przeróżnych rodzajów farszu mięsnego, przez serowe, ziemniaczane, na grzybowych kończąc. Kupuje się je na sztuki, których cena raczej nie powinna przekraczać jednego lari. Jest jednak haczyk. Zamawia się minimum 5 sztuk, a kolejną opcją zamówienia jest 10 szt, 15…Powodem są względy praktyczne, Gruzini do ich gotowania wykorzystują specjalne naczynia, których jednorazowy „wkład” to właśnie 5 pierogów. O tym w jaki sposób należy je zjadać pisać nie będę, w Internecie jest wystarczająco dużo instrukcji i filmików 🙂

Zrobiło się przydługo (mam nadzieję, że nie nudno), więc czas kończyć pierwszą wędrówkę po Tbilisi. W kolejnej części ciąg dalszy zwiedzania miasta. To był bowiem dopiero początek!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *