Kaukaz 2019 – Gruzińską Drogą Wojenną do Kazbegi – cz. 2

Z każdym kolejnym kilometrem droga wspina się coraz wyżej. Temperatura powoli spada, chmury bliżej. Drogowe serpentyny jakby jeszcze bardziej kręte. Przyklejam noc do przedniej szyby, aparat w ręku i podziwiam. Przed nami najpiękniejszy odcinek Drogi Wojennej.

Po drodze mijamy leżącą na wysokości 2.200 m n. p. m. miejscowość Gudauri, największy gruziński ośrodek narciarski. Turystyka górska jednak w tym kraju dopiero raczkuje, na próżno szukać czegoś na wzór polskiego Zakopanego. Kaukaz wciąż jest dziki, nie ma tu infrastruktury, nie ma oznakowanych szlaków, nie ma nawet górskiego pogotowia ratunkowego. Po przejechaniu kolejnych kilometrów dojeżdżamy do symbolicznego punktu – Przełęczy Krzyżowej. Jest to najwyżej położony punkt całej trasy – leży na wysokości 2379 m n. p. m. (dla porównania najwyższe polskie Rysy liczą 2501 m).

Majestatyczne góry, przepiękne widoki, potęga Kaukazu… Zdjęcia nie są w stanie oddać tego klimatu. Trasa mija szybko, zbyt szybko…Niedługo później na horyzoncie zaczyna pojawiać się sznur stojących na poboczu samochodów. To znak, że zbliżamy się do granicy z Rosją, a co zatem idzie, również do celu podróży – miasta Stepancminda. Do roku 2006 obowiązywała nazwa Kazbegi, od imienia tutejszego przywódcy, który tłumił antyrosyjskie wystąpienia po przejęciu władzy nad Gruzją przez Imperium Rosyjskie w latach 20. XX wieku.

W takich okolicznościach przyrody to można czekać w kolejce…

Po chwili melduję się już na głównym placu miasteczka. Lokalne centrum handlu wszelakiego, gastronomii i oczywiście „węzeł” transportowy. Wszystko w jednym miejscu. Typowo. Kazbegi, to doskonały punkt wypadowy w wyższe partie gór, to stąd również rozpoczyna się podejście na jeden z najbardziej znanych, najbardziej symbolicznych i popularnych szczytów Kaukazu – Kazbek. Kto nie jest zdobywcą szczytów, może się w miasteczku po prostu zatrzymać na noc czy dwie. Mi jednak niestety zabrakło na to czasu.

Wołga i jej kierowca czekający na chętnych pasażerów. Kierunek: Władykaukaz w rosyjskiej Osetii. Może kiedyś…?

Nie ma co za długo stać na placu. Czas ruszać ponad miasto, do cerkwi Cminda Sameba. Prowadzi do niej asfaltowa, dość stroma droga (do niedawna była jeszcze nieutwardzona, przez to na pewno bardziej klimatyczna). Można iść pieszo, można skorzystać z wynajętego samochodu z kierowcą. Tak czy siak, to punkt obowiązkowy każdej wizyty. Cerkiew pochodzi prawdopodobnie z XIV wieku, znajduje się na wysokości około 2170 m n. p. m.. Ponad nią wznosi się majestatyczny szczy Kazbek. Niestety, ja miałem pecha i nic nie widziałem, przysłoniły go chmury. No dobra, widziałem może przez 3 sekundy, zawsze to coś. Sama cerkiew….taka jakich w Gruzji wiele. Nie wyróżnia się niczym szczególnym, ale widoki wokół i miasto u naszego podnóża…!!!

Kazbegi w blasku powoli zachodzącego słońca

Robi się coraz później, słońce powoli zachodzi, a do Tbilisi jeszcze kawał drogi. Zaraz się ściemni, droga niebezpieczna, czas więc szykować się do powrotu. Z bólem serca, ale trzeba. Jest tu bowiem przepięknie, aż zostałoby się na noc, no ale cóż…

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na chwilę w miejscu charakterystycznych spływów mineralnych. Tworzą one bardzo ciekawe formacje znajdujące się dosłownie tuż przy drodze. Chwilę później zapadł już zmrok…

Ciemność absolutna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *