Sofia – …czy da się ją polubić?

Zanim dotarłem do bułgarskiej stolicy przeczytałem niejeden wpis na podróżniczych blogach, zajrzałem do niejednego przewodnika. Niemal za każdym razem Sofia przedstawiana była jako miasto niespecjalnie atrakcyjne, niewarte dłuższego pobytu. Czasami wręcz opisywane jako jedna z najbrzydszych i najmniej atrakcyjnych europejskich stolic. W mojej głowie wyrosło zatem wyobrażenie typowego postsowieckiego miasta, lekko chaotycznego, z niekoniecznie piękną i zadbaną zabudową…nie miałem wielkich oczekiwań. Może właśnie ten brak wygórowanych oczekiwań wpłynął na ostateczny odbiór miasta? Zapraszam na zwiedzanie bułgarskiej Sofii!

Szybki, sprawny i tani transport pomiędzy lotniskiem a centrum zapewnia linia metra docierająca pod sam terminal.

W mieście byłem łącznie dwa dni, wg pierwotnych planów na Sofię miałem poświęcić tylko jeden, jednak uznałem, że wolę spędzić tu nieco więcej czasu i je lepiej poznać, nawet kosztem pominięcia wizyty w Monastyrze Rylskim uznawanym za jedną z największych atrakcji kraju. I co? I nie żałuję tej decyzji.

Sofia nie posiada typowej dla wielu europejskich miast zabytkowej, „cukierkowej” starówki. W zamian tego mamy ścisłe centrum z kilkoma monumentalnymi gmachami z początku XX stulecia, m.in. gmachem sądu, budynkami rządowymi czy hotelowymi. Tutaj też zaczniemy zwiedzanie.

Prawdę mówiąc, można mieć w tym miejscu spory dylemat, w którą stronę się udać, bo dróg jest wiele i wszędzie znajduje się coś ciekawego. Wzrok „atakują” cerkwie, minaret, przemykające powoli lekko rozlatujące się tramwaje, ale też i leżące gdzieś w oddali górskie szczyty. Postanawiam skierować się właśnie w kierunku widocznej w tle góry i tak trafiam na Bulwar Witosza, jeden z najpopularniejszych miejskich deptaków. Miejsce licznych restauracji, barów, sklepów tłumnie odwiedzanych zarówno za dnia, jak i po zmroku. Na jego końcu znajduje się monumentalny gmach Narodowego Pałacu Kultury, za nim zabudowa robi się już bardziej kameralna, wielkie miasto zaczyna powoli się kończyć…

Bulwar Witosza o poranku, jeszcze pusto, cicho i spokojnie
Narodowy Pałac Kultury
Nocą miejsce zupełnie zmienia swoje oblicze
Bałkańskie słodycze, to osobna historia. Buzia sama się cieszy widząc takie witryny

Po przejściu bulwaru wracam do punktu początkowego. To doskonały moment i miejsce do krótkiego pochylenia się nad historią miasta. Jak już wspominałem w poprzednim wpisie, Bułgaria to mieszanka wielu kultur, kraj o bogatej historii przechodzący na przestrzeni wieków pod różne władztwa. Początków miasta należy upatrywać już około V-VI w. p.n.e., kiedy przez lud Traków została założona osada Serdika. Podbita następnie przez Rzymian, którzy założyli tu miasto o tej samej nazwie. Pamiątką tego jest nazwa centralnej stacji metra – Serdika. Na samej stacji, jak i wokół wejścia można podziwiać wyeksponowane antyczne ruiny. Bardzo fajny pomysł na stworzenie ciekawej przestrzeni i jednoczesne promowanie historii i dziedzictwa. Przy stacji, wokół wyeksponowanych ruin znajduje się również malutka, XIV wieczna cerkiew św. Petki. Miejsce na swój sposób magiczne, tajemnicze, wręcz mistyczne, tak bardzo przy tym kontrastujące z okolicznym pędem miasta i nowoczesnością.

Wokół stacji metra Serdika
Cerkiew św. Petki
Wyeksponowane, częściowo nadbudowane rzymskie ruiny

Spacerując wokół stacji metra wyrasta nade mną minaret sąsiedniego meczetu. To spuścizna po okresie panowania osmańskiego, które przypadało na okres od XIV do XIX wieku. Spuścizną po Turkach są nie tylko zachowane meczety, ale też architektura świecka, orientalne wpływy w tutejszej kuchni, muzyce i wielu innych aspektach. Pochodzący z XVI wieku meczet Bania Baszi Dżamija, bo o nim wspominałem, jest otwarty do zwiedzania i zdecydowanie warto poświęcić choć kilka minut by zajrzeć do jego wnętrza.

Kilkaset metrów dalej znajdziemy świątynię żydowską. Wybudowana w 1909 roku synagoga również udostępniona jest do zwiedzania. Tutaj jednak wstęp jest płatny, a wejście poprzedza standardowa kontrola bezpieczeństwa. Charakterystycznym elementem wystroju synagogi jest ogromny, 2 tonowy żyrandol.

Meczet Bania Baszi Dżamija
Nieco ukryta w gęstej zabudowie synagoga…
…i jej wnętrze

W ramach przerwy od zwiedzania sakralnych obiektów warto odwiedzić zlokalizowaną dosłownie w połowie drogi między meczetem a synagogą halę targową. Doskonałe miejsce na krótki przystanek, drobne zakupy, ale też szybką kawę, herbatę czy przekąskę. Wypoczęty ruszam na dalszy spacer po mieście, już nie tylko po głównych ulicach i placach, ale zaglądam też w te boczne, mniej popularne ulice. Zabudowa Sofii jest na prawdę gęsta, zbaczając z utartych szlaków z dużym prawdopodobieństwem trafimy w miejsca niekoniecznie piękne, „na pokaz”. Czy jednak poznawanie miasta polega tylko na odhaczaniu kolejnych punktów z przewodnika? Czasami zastaną nas zabite dechami witryny, śmietniki stojące niemal na środku jezdni, obdrapane tynki i zwisające przewody. Takie jest to miasto, ma to na swój sposób pewien specyficzny urok.

Hala targowa
Analogowy monitoring – punkt obserwacyjny na skrzyżowanie

Jako pasjonat nie tylko historii, architektury i kultury, ale również szeroko pojętej infrastruktury i transportu, muszę w tym miejscu wspomnieć o kilku kwestiach, które mnie zaskoczyły, a i uważam też za ciekawe. Otóż jadąc do stolicy kraju będącego członkiem Unii Europejskiej od 2007 roku spodziewałem się dostrzec płynące z tego korzyści, inwestycje, nową jakość…Owszem, z większych miejskich przedsięwzięć, w ostatnim czasie rozbudowano m.in. metro doprowadzając je aż do lotniska, poprawiono jakość pojedynczych ulic w najbardziej ścisłym centrum i…to w zasadzie tyle co jako wizytujący miasto zauważyłem. Nie trzeba specjalnie szukać, by dostrzec liczne potrzeby remontów, przebudowy czy nawet zwykłej poprawy estetyki. Spójrzmy np. na sofijskie tramwaje. Po starych, krzywych i od lat nieremontowanych torowiskach w ślimaczym tempie suną kilkudziesięcioletnie wagony sprowadzone z Szwajcarii czy Niemiec (małym wyjątkiem jest będące kroplą w morzy potrzeb 38 szt. polskich tramwajów bydgoskiej Pesy). Zacząłem się więc zastanawiać, dokąd trafiają unijne fundusze, skoro nie widać ich w stolicy, …może na wybrzeże? Przejeżdżając przez „prowincję” potrzeby zmian również były widoczne gołym okiem.

Stary sofijski tramwaj przed gmachem sądu

Będąc w Sofii nie mogę pominąć również jednego z największych i jednocześnie najbardziej symbolicznych gmachów – Soboru Aleksandra Newskiego. Ta wielka cerkiew została wybudowana w 1912 roku i pełni obecnie funkcję katedry patriarchalnej dla Bułgarskiego Kościoła Prawosławnego.

O ile Sobór A. Newskiego należy do największych sakralnych obiektów w mieście, na nie mniejszą uwagę zasługuje również inny, jeden z najmniejszych, także zlokalizowany w centrum miasta. Rotunda św. Jerzego, bo o niej wspominam, została wzniesiona w okresie rzymskim, w IV wieku naszej ery. Bardzo łatwo ją jednak pominąć, ponieważ znajduje się na wewnętrznym dziedzińcu będąc z każdej strony obudowaną i zasłoniętą przez monumentalne śródmiejskie gmachy.

Rotunda św. Jerzego

Jako ostatni punkt zwiedzania miasta zaplanowałem wycieczkę do znajdującej się na przedmieściach dzielnicy Bojana. Z centrum (w moim przypadku z placu Makedonia) zabierze nas tam tramwaj linii 4 i 5. Dojeżdżam nim do przystanku Ovcha Kupel, przesiadam się na autobus nr 107 i po kilkunastu minutach jestem u celu. Znajduje się tu kolejny z cennych sofijskich zabytków – pochodząca z X wieku Cerkiew Bojańska. Nieduża świątynia z zachowanymi średniowiecznymi freskami, ukryta w otoczeniu zieleni i wzgórz. Nawet jeśli naszym celem nie jest oglądanie kolejnej już cerkwi, warto wybrać się do Bojana ze względu na możliwość odetchnięcia od miasta, zrobienia spaceru po tutejszych lasach. Mając więcej czasu można dojść do wodospadów czy zdobyć jeden z okolicznych szczytów.

Cerkiew Bojańska

W drodze powrotnej do centrum wysiadam na chwilę nieco wcześniej i spaceruję po okolicznych osiedlach. Ot typowe blokowiska z okresu poprzedniego ustroju, tym co je jednak wyróżnia, to znajdujące się w oddali pomiędzy nimi lasy i góry.

Próbuję przejść do podsumowania wizyty w Sofii i wcale nie jest to dla mnie takie łatwe. Miasto wywołało u mnie dość mieszane emocje. Skłamię mówiąc, że mnie oczarowało lub nawet spodobało. Zdecydowanie nie. Fanem Sofii nie zostałem. Nie jest jednak na pewno tak brzydkie i nieciekawe jak niektórzy je opisują. Jest po prostu specyficzne. Raczej nie będzie żadnej siły, która nas zatrzyma tu na dłuższy pobyt. Moim zdaniem dwa dni wystarczą w zupełności. Z jednej strony mamy bogatą historię sięgającą czasów rzymskich, ale też wpływów osmańskich, z drugiej strony natomiast jakby marazm i bezpłciowość. Nie ma tego czegoś, co wywoła efekt „wow”. Brakuje centralnego, tętniącego życiem miejskiego placu, może brakuje nadrzecznego bulwaru, jakiegoś wyróżnika-symbolu…? Sam nie wiem, czegoś mi w tej Sofii brakuje. Niemniej jednak zdecydowanie chciałbym obalić stereotyp, że nic tu nie ma i nie warto przyjechać. Warto, choć na dzień czy dwa, a może akurat na Was Sofia zrobi większe wrażenie?

Tymczasem kolejne bułgarskie miasta czekają…!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *