Uncategorized

Albania – …najpiękniejszą trasą wzdłuż wybrzeża

Czas przeznaczony na pobyt w Gjirokastrze nieubłaganie dobiegł końca. Końca powoli zaczął dobiegać również okres wynajmu samochodu. Przede mną była natomiast długa droga na północ, na lotnisko, gdzie była wypożyczalnia samochodów oraz do pobliskiego Durres, gdzie miałem zarezerwowany kolejny z noclegów. Do Gjirokastry jechałem przez Durres, powrót planowałem trasą wzdłuż wybrzeża, przez Sarandę, Przełęcz Logara i Wlorę, co przekładało się na około 300 kilometrów drogi. Szybko sobie zdałem sprawę, że nie jest dla mnie do zrealizowania oddać samochód tego samego dnia po południu, tym bardziej, że chciałem zrobić po drodze co najmniej kilka dłuższych i krótszych przystanków. Na szczęście wystarczył jeden telefon i wynajem auta został mi bez najmniejszego problemu przedłużony. Czas zatem w drogę!

Początkowy odcinek trasy z Gjirokastry do Sarandy, to jednocześnie pierwsza przygoda z prawdziwymi albańskimi trasami przez góry. Kilkanaście kilometrów za Gjirokastrą droga stromo wznosi się ku szczytom, a wokoło rozciągają się przepiękne widoki. Wzdłuż szosy znajduje się kilka zatoczek, czy też po prostu szerszych poboczy z możliwością postoju auta i zrobienia zdjęć. Większość najładniejszych punktów widokowych jest jednak zasłonięta przez niewysokie drzewa i krzewy, które zostały ponoć zasadzone celowo, by górskie krajobrazy nie rozpraszały kierowców na krętej drodze i nie przyczyniały się do wypadków. Zdecydowanie jestem w stanie uwierzyć w taką wersję.

Mniej więcej w połowie trasy pomiędzy Gjirokastrą, a Sarandą odbijam kilkaset metrów od głównej drogi. Odbijam, by udać się do „Blue Eye”, czyli uroczych jeziorek powstałych dzięki wybijającym w tym miejscu podziemnych źródłach. Określenie „błękitne” również nie wzięło się znikąd. Za wjazd autem na teren kompleksu pobierana jest symboliczna opłata w wysokości 200 lek. Warto również wspomnieć, że dla turystów jest to stosunkowo „nowa” atrakcja, bowiem do lat 90. w okresie albańskiego reżimu kompleks był w wyłącznym posiadaniu dyktatora Envera Hodży.

Tym co od razu rzuca się w oczy, jest barwa wody. Od zieleni i szmaragdu, na paletach błękitu kończąc. Kolory oczywiście zmieniają się w zależności od padania promieni słonecznych. Wielu chętnych decyduje się na kąpiel, a nawet próby nurkowania. Na pewno jest to doskonała opcja na ochłodę w środku upalnego albańskiego lata. Ja jednak zostaję na brzegu, odpoczywam, robię kilka zdjęć i powoli myślę o dalszej jeździe. Do Sarandy jest stąd 20 kilometrów. Z racji bliskiej odległości, Blue Eye jest popularnym celem krótkich jednodniowych wypadów właśnie z Sarandy lub, również nieodległego, Ksamilu.

Do Sarandy zajeżdżam tak na prawdę tylko na chwilę. Początkowo miałem w planie odwiedziny górujących nad miastem ruin zamku Lekursi, jednak ze względu na uciekający czas i niezbyt wielkie chęci na zwiedzanie, dość szybko zrezygnowałem z tego pomysłu. Sama Saranda, to jeden z największych nadmorskich kurortów Albanii. Kojarzona jest przez wielu ze względu na pływający pomiędzy tutejszym portem, a położoną po sąsiedzku grecką wyspą Korfu, prom. Wielu turystów biur podróży leci właśnie na Korfu i do Albanii dociera drogą morską.

Saranda nie specjalnie mnie oczarowała. Ot, zwykłe miasto wciśnięte pomiędzy morze, a wzgórza, z licznie budującymi się hotelami i innymi atrakcjami dla turystów. Znalezienie skrawka miejsca, aby zaparkować, a w zasadzie porzucić auto, zajęło mi co najmniej kwadrans. Na uwagę zasługuje tutejsza nadmorska promenada, która jest jedną z najnowszych inwestycji i prezentuje się na prawdę nieźle.

Nie tracąc czasu opuszczam Sarandę i kieruję się na północ, wzdłuż wybrzeża. Droga będzie się wznosić ku górze, zaczną się zakręty, przepaście, ale przede wszystkim, zaczną się chyba najpiękniejsze widoki w całym kraju. Nie śpieszę się, w zasadzie wszędzie mam ochotę robić foto postoje. Nie wszędzie się jednak oczywiście da. Ruch jest bardzo mały, czasem zdarzy mi się kogoś wyprzedzić, czasem ktoś wyprzedzi mnie. Dopóki nie trafi się furgonetka lub ciężarówka, nie ma żadnego problemu, jednak kiedy pojawi się coś większego i powolnego, to czasami trzeba się nagimnastykować, żeby sprawnie i bezpiecznie wyprzedzić.

Na trasie co jakiś czas pojawiają się strome zjazdy w dół prowadzące do mniej lub bardziej dzikich plaż. Ja, choć plażowiczem nie jestem, widząc kolejną uroczą zatoczkę postanawiam się zatrzymać i zejść nad wodę.

Tak też trafiam na uroczą, kameralną plażę Palermo. Zlokalizowana jest kilkanaście kilometrów na południe od miasta Himarë, w zatoczce stworzonej przez niewielki półwysep. Na półwyspie zlokalizowany jest charakterystyczny trójkątny zamek. Warownię obejrzałem jednak tylko z zewnątrz. Sama plaża bardzo zadbana, z leżakami, czystym piaskiem oraz niewielką przystanią. Nie mam pojęcia kto tego pilnuje, do kogo należy miejsce, rozłożyłem się, nikt mnie nie wygonił, więc uznałem, że każdy może być tu gościem. Doskonałe miejsce na krótki relaks przed najpiękniejszym i najtrudniejszym odcinkiem trasy.

Moim najbliższym celem jest przełęcz Llogara. Z plaży gdzie zrobiłem postój mam do przejechania niewiele ponad 30 kilometrów. To doskonały i zarazem ostatni moment, aby spojrzeć na wskazówkę poziomu paliwa w aucie. Wjazd na przełęcz, to bardzo stromy i kręty podjazd, lepiej mieć zatem bezpieczny zapas w baku. Ja dotankowanie robię na stacji benzynowej w Himarë. Zanim jednak wjadę na przełęcz, mijam kolejne urocze wioski. W większości przypadków lokalna zabudowa jest po remontach, zadbana, droga również w bardzo dobrym stanie. Nierzadko się też zdarza, że podczas przejazdów przez wsie, ze względu za zabytkowe zabudowania, drga zwęża się odcinkowo do jednego pasa i ruch musi być kierowany przez sygnalizację świetlną. W jednym z takich miejsc robię sobie kolejny, dosłownie 5 minutowy postój. Jak nazywa się ta wieś, niestety nie pamiętam.

Tak jak już wspominałem, najważniejszym i najciekawszym punktem na trasie, była dla mnie Przełęcz Llogara. To zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsc widokowych w całym kraju. Krętymi serpentynami dojeżdżamy na wysokość 1043 m n.p.m. Okoliczne szczyty gór wznoszą się jeszcze wyżej, odwiedzają je jednak w zasadzie tylko okoliczne kozice. Przy drodze, w najwyższym dostępnym punkcie znajduje się całkiem sporo miejsca do zaparkowania auta i podziwiania widoków. Widoków na błękitne morze z jednej, i otaczające je góry, z drugiej strony.

Na przełęczy dominują turyści samochodowi, jest również bardzo wielu motocyklistów. Nierzadko zajeżdżają tu również wycieczki autokarowe, jednak ze względu na trudność trasy, nieduże prędkości i długi czas jazdy, większość turystycznych autokarów pomiędzy stolicą, lotniskiem, a południem kraju korzysta z szybszej alternatywnej trasy przez Fier i Berat.

Wijąca się droga na górę

Zjazd z przełęczy w kierunku Wlory nie był już tak widowiskowy, jak podjazd z przeciwnej strony. Kręta droga w większości wiodła przez las, jednocześnie oddalając się od wybrzeża. Na nieco niższej wysokości robię sobie jeszcze jeden krótki postój na zdjęcia i nie tracąc czasu ruszam w dalszą drogę.

Kieruję się już bezpośrednio do Durres, najpopularniejszego albańskiego kurortu wakacyjnego. Tam też mam zaplanowany kolejny z noclegów. Droga mija spokojnie, na tyle spokojnie i monotonnie, że aż nużąco. Bardzo późnym popołudniem dojeżdżam do Durres, któremu też będzie poświęcony kolejny wpis.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *