Azja Płd.-Wsch. 2024

Tajlandia – Bangkok cz.1. – Na początek klasycznie

Bangkok to jedno z najczęściej i najliczniej odwiedzanych przez turystów miast na świecie. Tu nowoczesność miesza się z tradycją, historia ze współczesną rozpustą, a zza skromnych chatek wyłaniają się szklane wieżowce. W Bangkoku jest wszystko, dosłownie. Dla jednych miasto jest celem samym w sobie, dla innych punktem startowym i końcowym zwiedzania Tajlandii, albo innych krajów Azji Południowo-Wschodniej.

Ja wcale do Bangkoku nie chciałem lecieć, ba, nawet specjalnie na Tajlandii mi nie zależało. Chciałem zwiedzać sąsiednią Kambodżę. Jednak analiza dostępnych lotów, a w szczególności ich cen, w pewnym sensie zmusiła mnie do zakupu biletów właśnie do Bangkoku i dopiero stamtąd do Kambodży. Skoro już miałem znaleźć się w stolicy Tajlandii, no to grzechem byłoby nie wygospodarować 3 dni na jej zwiedzanie.

Zależało mi na lokalizacji hotelu w jak najbliższym sąsiedztwie najważniejszych zabytków miasta, tak aby móc jak najwięcej spacerować. Tak też trafiłem na małego, ale zupełnie nowego hotelu Rich8. Całe ścisłe centrum zabytkowego Bangkoku miałem zatem w zasięgu maksymalnie 30 minut. Poznawanie Bangkoku rozpocząłem od wizyty w kompleksie Wielkiego Pałacu Królewskiego. XVIII wieczny pałac do połowy XX wieku była oficjalną rezydencją króla Tajlandii. Zdecydowanie jest to jedno z najpopularniejszych, jeżeli nie najpopularniejsze odwiedzane przez turystów miejsce w Bangkoku. Około godziny 10 na szczęście tłumów jeszcze nie było, bez problemu zakupiłem bilet w kasie i ruszyłem zwiedzać kompleks. Liczba zwiedzających rosła jednak dosłownie z każdą minutą.

Pierwsze kroki skierowałem do Świątyni Szmaragdowego Buddy. Pochodząca z 1782 roku świątynia należy do najważniejszych w całej Tajlandii, nazywana jest również Wat Phra Kaew.

Złote, a skromne…cytując klasyka. Kompleks świątynny składa się z wielu poszczególnych obiektów. Można je zwiedzać po kolei, jednak ich liczba i czas poświęcony na zwiedzanie może uniemożliwić zajrzenie do każdego dostępnego wnętrza. Ja skupiłem się na dekoracjach, zdobieniach oraz licznych mniejszych rzeźbach i posągach.

W pewnym momencie trafiam na coś, co bardzo przypomina mi niedużą kopię świątyni Angkor Wat w Kambodży. Tam też za kilka dni mam jechać, a tymczasem spotykam ją już w Bangkoku. Historia tej kopi sięga połowy XIX wieku. Panujący ówcześnie król Tajlandii Rama IV zafascynował się ledwie odkrytym kompleksem Angkoru, który spodobał mu się na tyle, że postanowił przenieść jedną ze świątyń do siebie. Niestety, a właściwie stety, okazało się to niemożliwe. Król musiał zatem ograniczyć się do nakazania wykonania szczegółowej kopii w pomniejszeniu i wybudowanie jej w sąsiedztwie swojego pałacu.

Na ten dzień miałem zaplanowane odwiedzenie jeszcze dwóch świątyń. Na szczęście wszystkie położone stosunkowo blisko siebie. Czas jednak na przerwę i coś do zjedzenia. I tutaj standardowo jak dla mnie, czyli obieram losowy kierunek, aby oddalić się od miejsc turystycznych. Zapuszczam się w pierwszą boczną ulicę, potem w kolejną boczną…

Trafiam na spokojne, stare osiedle. Ulice poprzecinane są kanałami, są też kładki dla pieszych, co i rusz ktoś przeciska się swoim samochodem lub skuterem. Jest czysto, nie śmierdzi, bardzo przyjemnie. Rozglądam się za czymś do jedzenia.

Wynajduję najmniej prestiżowe miejsce, ale takie, gdzie kręci się grupka lokalsów. Biorą jedzenie na wynos do foliowych reklamówek, a to oznacza, że będą jeść je w domu na obiad. To znak, że musi tu być smacznie i dobrze. Zamawiam coś na migi i po chwili też coś dostaję. Nie wiem nawet co, ale najważniejsze, że jest smaczne. Po kilku chwilach mogę ruszać na dalsze zwiedzanie.

Kierunek Wat Pho, czyli Świątynia Leżącego Buddy. W zasadzie nie jedna świątynia, ale cały ogromny kompleks, w którym znajduje się kilkaset różnych przedstawień Buddy. Ten najważniejszy posąg ma aż 46 metrów długości i 15 metrów wysokości. Same tylko stopy są w wymiarze 4,5 na 3 metry. Posąg ze względu na swoją wielkość i stosunkową ciasnotę w pomieszczeniu jest w zasadzie niemożliwy do pełnego objęcia w kadrze zdjęcia.

W przeciwieństwie do kompleksu Pałacu Królewskiego, tutaj jest zdecydowanie spokojniej. Mniej ludzi, ciszej, można pospacerować, odpocząć, wyciszyć się. Jakoś bardziej mi się tutaj podoba.

Na ten dzień zaplanowałem jeszcze jedną świątynię, Świątynię Świtu zwaną tutaj Wat Arun. Również znajduje się w centrum, jednak na drugim brzegu rzeki Menam. I tutaj też pojawia się małe wyzwanie lub inaczej mówiąc, atrakcja. Trzeba się na ten drugi brzeg dostać, a mostu w pobliżu brak. W mieście funkcjonują jednak tramwaje wodne, które odpływają co kilka minut z wyznaczonych przystani i płyną zygzakiem, to znaczy raz przystanek jest po jednej stronie rzeki, kolejny po drugiej, kolejny znowu po pierwszej…i tak dalej. Bardzo szybki i tani sposób na poruszanie się po nadwodnej okolicy. A więc wsiadam i płynę. Przy okazji przyglądam się ruchowi na rzece, a ten tutaj jest na prawdę duży.

Świątynia Wat Arun datowana jest XVII wiek. Jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych i symbolicznych świątyń w całej Tajlandii. Powodów mogę wymienić dwa – pierwszy, to po prostu świątynia bardzo wyróżnia się w krajobrazie okolicy. Jej charakterystycznym elementem jest 80 metrowy prang, czyli charakterystyczna dla tego regionu świata iglica. Drugim powodem jest umieszczenie Świątyni Świtu na monecie o nominale 10 batów.

Na terenie świątyni panował spory ruch, było wielu zwiedzających. Sporo Tajów, a dokładniej Tajek ubranych w ludowe (tak przynajmniej mi się wydaje) stroje brało udział w sesjach fotograficznych. Na niektóre prangi na terenie świątyni można wchodzić i zobaczyć kompleks z pewnej wysokości. Momentami jest jednak stromo, wąsko, a o poręczach też nikt nie słyszał. W Europie by nie przeszło, a w Azji, nawet tej cywilizowanej, coś normalnego.

I na tym zakończę pierwszy z serii postów poświęconych stolicy Tajlandii. Miasto jest na tyle wielkie, różnorodne i ciekawe, że nie jestem w stanie opisać i pokazać wszystkiego w jednym wpisie. To co pokazałem powyżej, to absolutna podstawa, fundament, must have Bangkoku. Te trzy świątynie odwiedza w zasadzie każda zorganizowana wycieczka, trafia też większość indywidualnych turystów. Jeden dzień na te miejsca w zupełności wystarczy.

Ja jednak na Bangkok miałem więcej czasu i postarałem się wycisnąć z tego miasta nieco więcej. Ciąg dalszy zatem nastąpi…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *