Tajlandia – Bangkok cz.2. – Chinatown
Zwiedzania i poznawania stolicy Tajlandii ciąg dalszy. Odwiedziłem już najstarsze i najbardziej znane świątynie miasta, teraz przyszedł czas na nieco inne oblicze.
Wiele miast w Azji i nie tylko ma swoje chińskie dzielnice, czyli chinatown. Taka też jest i w Bangkoku, uznawana za jedną z największych i najciekawszych chińskich dzielnic na świecie. Nie mam tam przesadnie daleko, mapa pokazuje około 4 kilometry spaceru w jedną stronę. Mógłbym oczywiście wziąć taxi lub tuktuka, ale po co, mam czas, chcę się przejść, nigdy też nie wiem co ciekawego spotkam po drodze.
Podobno dzielnica najbardziej okazale prezentuje się wieczorem, kiedy rozbłyskują wszystkie neony, a każdy sprzedawca wystawia na ulicę swoje stanowisko. Prawda jest jednak taka, że miejsce żyje w zasadzie przez całą dobę i niezależnie od godziny znajdziemy tam coś ciekawego. Ja spacer i zwiedzanie ruszam przed południem.

Po przejściu około dwóch kilometrów okolica zdecydowanie zaczyna się zmieniać. Zabudowa staje się niższa, ciaśniejsza, wyraźnie też biedniejsza. Bez patrzenia na mapę czuję, że idę w dobrym kierunku.

Postanawiam zajrzeć na jedno z podwórek, a właściwie boczną uliczkę, na którą wchodzi się przez bramę. Początkowo nieśmiale, z lekkim strachem co tam będzie, jednak zupełnie bezpodstawnie. Czysto, skromnie, ale porządnie. Panowie siedzą i coś robią w swoich małych warsztatach. Pokazuję aparat, pozwalają mi zrobić zdjęcia.
Wracam jednak do głównej ulicy kontynuując masz w kierunku centrum Chinatown. Z każdym krokiem podoba mi się tu coraz bardziej. To nie jest ten znany wszystkim Bangkok ze szklanymi wieżowcami, albo zabytkowymi świątyniami. Nad głową zaczynają się plątaniny kabli, elewacje są coraz brudniejsze, chodniki coraz bardziej zagracone i te przerażająco zakratowane okna i balkony. W przypadku ewentualnego pożaru raczej nie byłoby za ciekawie…
Coraz więcej drobnego handlu rozkłada się na chodnikach. I to nie tylko owoce, warzywa, czy nawet coś przyrządzanego na ciepło. Trafiam również na świeże mięso leżące na stołach przy temperaturze około 30 stopni.

Mijam kolejne ulice, skrzyżowania, sklepiki i w pewnym momencie widzę spory tłum ludzi kręcących się pod jednym z budynków. Z czystej ciekawości postanawiam tam podejść i zobaczyć czy jest tam coś ciekawego. Szybko się okazało, że jest tam wejście do jednego z największych bazarów Chinatown – Sampheng Market. Z poziomu ulicy wszystko wygląda niepozornie, ot zwykła wąska uliczka wciśnięta między jeden a drugi budynek. Uliczka przykryta tandetnym plastikowo blaszanym zadaszeniem. Tłok ogromny, ale postanawiam tam wejść i ruszyć przed siebie. Tak też zrobiłem, poszedłem i jakbym przeniósł się do innej rzeczywistości. Człowiek na człowieku, końca ulicy nie widać, a wszędzie sklepiki z chińskim badziewiem. Co kto sobie tylko wyobrazi, od ubrań, przez świeczki, złoto sprzedawana na metry, kończąc na pluszakach i najdziwniejszych tandetnych zabawkach i gadżetach, jakie tylko można sobie tylko wyobrazić. A jakby tego było jeszcze mało, to ze względu na tłok, brak jakiejkolwiek wentylacji oraz zapachom wydawanym przez wątpliwej jakości chińskie gumy, plastiki i inne materiały, smród i zaduch w tym miejscu był nie do opisania. Ale na swój sposób wszystko to było niesamowicie fascynujące. Nie chcę sobie tylko wyobrażać co by się działo np. w sytuacji pożaru.

Od głównej handlowej alei oczywiście odchodzą boczne, mniejsze, ciaśniejsze. Krążę, wędruję i o ile miejsce na swój sposób jest fascynujące, to po kilku minutach mam zwyczajnie dosyć. Dosyć tego przeciskania się, dosyć tego smrodu i zaduchu. Na szczęście równie duża część tego wielkiego targowiska znajduje się również na zewnątrz.
Najpierw jednak coś trzeba zjeść. Gastronomii nie brakuje. Wybieram losowe stoisko, zamawiam coś co wygląda jak sajgonki, siadam na brudnym krześle i jem.

Druga część bazaru, to już nie zadaszona hala, ale typowe wąskie uliczki pod gołym niebem. Na pewno jest jaśniej, na pewno więcej świeżego powietrza, ale za to np. co i rusz przeciska się gdzieś skuter, tuktuk, albo nawet większy dostawczak. Towaru, sprzedających i kupujących nie brakuje. Wszędzie jest wszystko. Na szczęście sprzedający nie są nachalni, a wręcz leniwi, przez co można na spokojnie spacerować, zaglądać na wystawy nie będąc co chwilę atakowanym przez sprzedawców.
No i kable, wszędzie kilometry wiszących nad głowami kabli. To też tworzy klimat miejsca.
Zerkam na mapę i wygląda, że całkiem blisko jest stąd do rzeki Menam. Byłem nad nią już wcześniej, ale w centrum. Postanawiam podejść zobaczyć jak wygląda przepływając przez Chinatown.
I pojawił się problem. O ile rzekę zlokalizować jest bardzo łatwo, to gorzej do niej dojść. Brzeg jest bardzo gęsto zabudowany, nie ma tu wzorem centrum żadnej promenady, czy nawet chodnika prowadzącego wzdłuż brzegu. Przystani też znaleźć nie mogłem. Większość uliczek biegnących w stronę wody kończyła się ślepo na kawałek przed nią.
Na szczęście udało mi się znaleźć przesmyk prowadzący do wody. Wokoło kilka skromnych budynków, część z nich dosłownie na wodzie. O ile coś takiego w przypadku jakiś bocznych kanałów nie było by niczym szczególnym, to w przypadku głównego koryta trochę mnie zaskoczyło. No i były też ryby, bardzo duże ryby.
Kręcę się jeszcze chwilę po okolicy, przyglądam się bocznym uliczkom, warsztatom, mijanym ludziom. Całkiem spokojna okolica, fakt faktem bogactwa tu nie ma, ale na pewno jest czysto i widać, że ludzie dbają o to co wokół nich.
Moim celem jest jednak serce dzielnicy – ulica Yaouwarat. Tutaj ciszy już nie ma. Są korki, są tłumy na chodnikach, klaksony, neony, bilbordy, handlarze i street food.
Idąc chodnikiem co chwilę muszę się przeciskać albo między będącymi dosłownie wszędzie ludźmi, albo pomiędzy stojącymi również dosłownie wszędzie straganami i wózkami z przyrządzanym na bieżąco jedzeniem. Zapachy się mieszają, a ja sam nie wiem co chcę spróbować, wybór jest ogromny, a to przecież dopiero przedsmak tego, co dzieje się tutaj po zmroku.






















